Zaczniemy od tego, że jestem dentystką. Nie taką, która pracuje w luksusowym gabinecie na warszawskim Mokotowie i przyjmuje pacjentów po znajomości. Jestem dentystką z małego miasteczka na południu Polski, gdzie większość ludzi przychodzi do mnie z bólem, którego nie mogą już wytrzymać, bo stać ich tylko na wypełnienia z amalgamatu i modlitwę, że nie wypadnie. Pracuję w publicznym NFZ-towskim gabinecie, wcisniętym między sklepem spożywczym a wypożyczalnią kaset video (która wciąż działa, nie pytajcie). Mam trzydzieści pięć lat, od dwunastu pracuję na tym samym fotelu, a moje marzenia o własnym gabinecie rozbiły się o kredyt, który wzięłam na studia specjalistyczne i spłacam do dzisiaj. I wtedy, pewnego popołudnia, sama potrzebowałam pomocy dentystycznej. Moja ósemka, ta najmądrzejsza, postanowiła, że jej czas się skończył. Ból promieniował na całą szczękę, nie mogłam jeść, nie mogłam spać, a na dodatek nie mogłam sama sobie wyleczyć zęba, bo to tak nie działa, gdy jesteś dentystą – potrzebujesz kogoś, kto spojrzy na to z innej perspektywy.
Po pracy pojechałam do koleżanki do sąsiedniego miasta, która wyrwała mi tego zęba w piętnaście minut. Byłam tak znieczulona, że czułam się, jakby ktoś wyciął mi połowę twarzy z betonu. Wróciłam do domu z gaza w buzi, z lodem na policzku i z poczuciem, że to już chyba najgorszy dzień w tym miesiącu. Usiadłam na kanapie, włączyłam telewizor, ale nic nie mogłam oglądać, bo coś mnie gryzło w środku. Nie ból – to akurat minął. Coś innego. Jakaś myśl, że życie jest niesprawiedliwe, że inni mają lepiej, że ja od tylu lat zapierdzielam na tym fotelu, a jedyne, na co mnie stać, to wymiana opon w starym golfie. I wtedy, żeby się oderwać od tych myśli, sięgnęłam po telefon. Zaczęłam przeglądać grupy na facebooku, potem instagrama, potem jakieś śmieszne filmiki. Aż trafiłam na post, w którym ktoś wrzucił screen z wygraną w kasynie. Pod spodem był komentarz: „kod działa, 50 darmowych spinów”. Był tam też kod. Przepisałam go do notatek, nie myśląc wiele. Nazywał się
epicstar bonus code. Nie wiedziałam, czy to prawda, ale pomyślałam – sprawdzę. I tak nie mam nic lepszego do roboty, a znieczulenie powoli odpuszcza, więc mogę posiedzieć jeszcze godzinę.
Zarejestrowałam się w pięć minut, wpisałam kod i dostałam pięćdziesiąt darmowych spinów na automat o nazwie „Księżycowa Dolina”. Brzmiało jak bajka dla dzieci, ale wyglądało jak typowy slot – symbole z wilkami, księżycem i indiańskimi pióropuszami. Kręciłam te spiny jeden po drugim, bez emocji, bardziej z przyzwyczajenia niż z nadziei. Większość wygranych to były grosze, ale przy czterdziestym spinie coś się zmieniło. Pojawiły się trzy symbole totemu, które uruchomiły rundę bonusową. W tej rundzie miałam wybierać między różnymi bębnami, a każdy bęben krył inny mnożnik. Wybrałam pierwszy – x2. Drugi – x5. Trzeci – x10. Mój stan konta, który przed chwilą wynosił jakieś dwadzieścia złotych, nagle podskoczył do czterystu. Czterysta złotych. Z darmowych spinów. Siedziałam na tej kanapie, z lodem na policzku, z gaza w buzi, i patrzyłam na ekran z rozdziawioną gębą. Moja pierwsza myśl była taka: „To niemożliwe, to na pewno błąd”. Ale błędu nie było. Wypłaciłam trzysta złotych, sto zostawiłam na koncie. Przelew przyszedł następnego dnia, gdy byłam już w pracy, patrząc w usta kolejnym pacjentom. Pieniądze wpadły na konto około jedenastej. Sprawdziłam telefon między jednym pacjentem a drugim. Trzysta złotych. Uśmiechnęłam się pod nosem. Pacjent, który akurat siedział na fotelu, zapytał, czy to dobra wiadomość. „Tak” – odpowiedziałam. „Bardzo dobra”.
Ale to nie koniec historii. Bo trzy dni później, gdy ból po wyrwanym zębie już całkowicie minął, a ja wróciłam do normalnego funkcjonowania, postanowiłam sprawdzić, co się dzieje na koncie w epicstar bonus code. Zostało mi tam jeszcze sto złotych. Pomyślałam, że zagram, ale tym razem z głową. Nie na darmowych spinach, tylko za własne, ale tylko te, które już miałam. Postawiłam po dwa złote, grałam wolno, bez pośpiechu. I znowu, po jakichś dwudziestu minutach, trafiłam na serię bonusów. Tym razem nie było to pięćdziesiąt spinów, tylko dwanaście, ale za to z bardzo wysokimi mnożnikami. W ciągu kwadransa moje sto złotych zamieniło się w tysiąc osiemset. Tysiąc osiemset złotych. Z darmowego kodu, który znalazłam przypadkiem na facebooku, w komentarzu pod postem jakiejś obcej osoby. Siedziałam w salonie, z kubkiem herbaty, i nagle poczułam, że ten dzień, ten tydzień, ten miesiąc – wszystko nabiera innego sensu. Nie dlatego, że miałam pieniądze. Dlatego, że w środku mojej szarej, przewidywalnej rzeczywistości dentystki z małego miasteczka, pojawiła się iskra. Iskra, która powiedziała mi: „Hej, jeszcze nie wszystko stracone. Jeszcze możesz marzyć”.
I zaczęłam marzyć. Wzięłam te pieniądze – całe tysiąc osiemset, dołożyłam trochę z oszczędności i kupiłam sobie wymarzony, profesjonalny aparat ortodontyczny do gabinetu. Taki, o którym myślałam od trzech lat, ale zawsze brakowało mi paru tysięcy. Zamontowałam go, przetestowałam na sobie (bo co, dentystka nie może nosić aparatu?), a potem zaczęłam oferować leczenie ortodontyczne moim pacjentom po preferencyjnych cenach. I wiecie co? W ciągu pół roku zarobiłam na tym aparacie więcej, niż kosztował. Nie dlatego, że jestem chciwa, tylko dlatego, że ludzie w moim miasteczku wreszcie mieli gdzie pójść z krzywymi zębami, nie jeżdżąc do miasta wojewódzkiego. A ja miałam satysfakcję, że robię coś, co naprawdę pomaga.
Czy to wszystko wydarzyłoby się, gdyby nie ten jeden kod, jeden komentarz na facebooku, jedna głupia, deszczowa noc z lodem na policzku? Nie wiem. Może tak, może prędzej czy później uzbierałabym na ten aparat z pensji. Ale to trwałoby lata. A tak, dostałam od losu przyspieszenie. I choć niektórzy powiedzą, że hazard to zło, a ja powinnam się wstydzić, że w ogóle gram, to ja im odpowiadam – nie wstydzę się. Bo nie chodzi o to, że wygrałam. Chodzi o to, co z tą wygraną zrobiłam. Zainwestowałam w swój rozwój zawodowy. W narzędzie, które pomaga innym. W marzenie, które odkładałam na półkę z napisem „kiedyś, jak będę bogata”. I wiecie, co jest w tym najśmieszniejsze? Dziś, gdy ktoś pyta mnie, skąd mam ten aparat, mówię prawdę – wygrałam w kasynie. Niektórzy się śmieją, inni kręcą głowami z dezaprobatą, ale ja wzruszam ramionami. Bo wiem, że ta wygrana nie przyszła, żeby mnie zepsuć. Przyszła, żeby mi przypomnieć, że nawet dentystka z małego miasteczka, z lodem na policzku i świeżo wyrwanym zębem, może mieć szczęście. Może dostać prezent od wszechświata. I może ten prezent zamienić w coś, co zostanie na dłużej niż jeden wieczór.
Od tamtej pory minął rok. W epicstar bonus code loguję się może raz na dwa miesiące, zawsze dla relaksu, zawsze z limitem trzydziestu złotych. Czasem wygram stówkę, którą wydaję na głupoty – na książki, na kawę, na kwiaty do gabinetu. Czasem przegram wszystko i nie żałuję. Bo najważniejszą wygraną już mam – ten aparat ortodontyczny, który stoi w moim gabinecie i każdego dnia pomaga komuś się uśmiechać. I kiedy widzę te uśmiechy, myślę sobie – to było warte każdego spina, każdej chwili niepewności, każdego kliknięcia. A wszystko zaczęło się od bólu zęba, od nudy, od przypadkowego kodu znalezionego w internecie. I choć nie jestem przesądna, zaczęłam wierzyć, że niektóre rzeczy dzieją się po coś. Może po to, żeby przypomnieć nam, że nawet w najgorszym dniu, gdy boli cię pół twarzy, a ty siedzisz z lodem na policzku i myślisz, że nic już dobrego cię nie spotka – może akurat wtedy przychodzi ten jeden, jedyny raz. Ten bonus, ta chwila, ta iskra. I to, co z nią zrobisz, zależy już tylko od ciebie. Ja swoją iskrę zamieniłam w uśmiechy innych. I to jest dla mnie największy jackpot.