Mój świat ma cztery metry kwadratowe. To mój fotel, moja konsola do miksowania i wielkie okno, przez które widać tylko ścianę sąsiedniego biurowca. Pracuję jako sound designer dla reklam. Tworzę dźwięki, których nikt świadomie nie słyszy: szelest idealnie chrupiących płatków, miękkie zamknięcie drzwi luksusowego auta, magiczny dźwięk rozpylacza do dezodorantu. Jestem czarodziejem odgłosów, którego nikt nie widzi.
Noc jest moją porą. Wtedy cisza w studiu jest najgłębsza. Ale pewnej nocy cisza przestała być moim sprzymierzeńcem. Stała się ciężka. Gęsta. Jak taśma izolacyjna owijająca mi głowę. Pracowałem nad dźwiękiem… suszarki. Miał być "idealny domowy, ale z nutką magii". Przez sześć godzin słuchałem w kółko szumu różnych suszarek. Mój mózg zaczął się gotować. To był moment, w którym zrozumiałem, że moje życie toczy się w pętli. W pętli starannie zapętlonego dźwięku.
O czwartej nad ranem, nie mogąc już znieść tego szumu, odrzuciłem słuchawki. W absolutnej cisze, która teraz wydawała się równie przerażająca, wyjąłem telefon. Przewijałem bezmyślnie aplikacje. Aż trafiłem na reklamę. Nie wiem, czemu w nią kliknąłem. Może dlatego, że obiecywała "dźwięk wygranej". Ironia losu.
Pobieranie trwało chwilę. Vavada aplikacja. Instalacja. Ekran powitalny był… cichy. Tylko subtelna animacja i muzyka bez wokalu. To mi się spodobało. Nie musiałem niczego słyszeć. Mogłem tylko patrzeć.
Zarejestrowałem się jako "Soundman". Wpłaciłem tysiąc złotych. To były pieniądze z zaliczki za ten przeklęty spot z suszarką. Pomyślałem: jeśli przegram, to jakbym zapłacił za terapię. A może wygram coś głośniejszego niż moja cisza?
Nie wybrałem slotów z krzykliwymi melodyjkami. Wybrałem blackjacka. Bo blackjack jest cichy. Liczenie kart, decyzje. To jak miksowanie – potrzebujesz skupienia i dobrego ucha. Siedziałem w moim studiu, przy konsoli, z telefonem w dłoni. Pierwsze ręce. Wygrane, przegrane. Moje saldo lekko rosło. To było jak nagrywanie podkładu – nic spektakularnego.
Aż przyszła ta ręka. Miałem 11 punktów. Krupier pokazał 5. Standardowo dobieram. Dostaję… 9. 20 punktów. Krupier dobiera. 7, 3, 5… przekracza 21. Wygrana. Następna ręka: znowu 20, on znowu przekracza. To był mały, cichy ciąg zwycięstw. Mój kapitał urósł do może dwóch tysięcy. I wtedy, zamiast radości, poczułem… nudę. To była ta sama pętla. Inna, ale wciąż pętla.
Miałem już dość. Chciałem czegoś głośnego. Czegoś, co przerwie monotonię. Przeszedłem do sekcji automatów. Wybrałem pierwszy z brzegu o tematyce kosmicznej. "Galactic Rush". Postawiłem pięćset złotych – połowę tego, co miałem. Kliknąłem spin.
I wtedy mój cichy świat eksplodował.
Nie dosłownie. Ale na ekranie telefonu rozegrała się symfonia światła i dźwięku, przy której moje reklamowe efekty brzmiały jak szmer w bibliotece. Bębny zatrzymały się na trzech symbolach rakiety. Rozpoczęła się bonusowa gra. Mój statek kosmiczny wjechał w pas asteroid, każda zniszczona asteroida to był mnożnik. 2x, 5x, 10x. Dźwięk był epicki. Jak w trailerze filmu science-fiction. A ja, po latach tworzenia subtelnych szelestów, poczułem, jak coś we mnie… pęka z ulgi. To był hałas. Piękny, czysty, wyzwalający hałas.
Patrzyłem, jak moje saldo, zamiast rosnąć, dosłownie eksploduje. 5 000 złotych. 10 000. 20 000. Przekroczyło czterdzieści tysięcy, zanim bonus się skończył. Na koniec zatrzymało się na 52 300 złotych.
Siedziałem w fotelu, w moim cichym studiu, z telefonem w ręce, z którego dobiegały jeszcze ostatnie echa kosmicznej symfonii. Cisza, która teraz zapadła, była inna. Nie była ciężka. Była… zasłużona. Jak cisza po udanym koncercie.
Nie sprawdzałem od razu. Położyłem telefon na konsoli. Wstałem, podszedłem do okna. Za ścianą biurowca wschodził księżyc. Blady, czwarto-fazowy. Pomyślałem o wszystkich dźwiękach, które tworzyłem, żeby sprzedać ludziom iluzję. A tu, z jednego, nieprzemyślanego kliknięcia, wylała się na mnie prawdziwa, głośna, bezinteresowna obfitość.
Wypłata przez
vavada aplikacja była jak obróbka dźwięku – krok po kroku. Weryfikacja, dokumenty. Przelew przyszedł szybciej, niż się spodziewałem. Gdy zobaczyłem te pieniądze, pierwsza myśl nie była o nowym sprzęcie. Była o… ciszy. Ale takiej, którą ja wybiorę.
Nie rzuciłem pracy. Ale odmówiłem zlecenia na suszarkę. Powiedziałem, że nie czuję tego projektu. Klient się wściekł. Mnie to nie obeszło.
Za te pieniądze zrobiłem dwie rzeczy.
Po pierwsze: kupiłem bilet do Paryża. Nie na weekend. Na miesiąc. Wynająłem małe mieszkanie w dzielnicy Montmartre. Nie po to, by zwiedzać. Po to, by nagrywać. Budziłem się o świcie i z rejestratorem biegałem po mieście. Nagrywałem dźwięk kroków na mokrym bruku pod Sacré-Cœur, szum fontann w Luwrze, gwar targu na Rue Mouffetard, stukot kół karuzeli. Nagrywałem życie. Nie do sprzedania. Dla siebie. Mój własny, osobisty bank dźwięków.
Po drugie (i to było najważniejsze): gdy wróciłem, założyłem mały, internetowy podcast. Nazwałem go "Dźwięki z czwartej nad ranem". Opowiadam w nim historie zasłyszane w nocy. Dźwięki miasta, które nikomu nie są potrzebne do sprzedaży, ale które tworzą jego duszę. Nie mam tysięcy słuchaczy. Mam kilkuset. I to mi wystarcza.
Dziś, gdy znów pracuję nad reklamą, czasem w tle leci mój podcast. Jakiś dźwięk z Paryża. Przypomina mi, że poza czterema metrami mojego studia jest świat pełen nieskomercjalizowanych odgłosów.
A vavada aplikacja? Czasem ją otwieram. Nie po to, by grać. Po to, by włączyć tę samą grę kosmiczną. W trybie demo. Siadam w fotelu, włączam, i puszczam ten hałas. Dla przypomnienia. Dla tej jednej, głośnej nocy, która wyzwoliła mnie z pętli ciszy.
Bo czasem, by usłyszeć siebie, trzeba najpierw zagłuszyć cały pozorny porządek. I postawić na kosmiczny, piękny chaos. I to jest najlepszy dźwięk, jaki kiedykolwiek usłyszałem.